lady-amber blog

Twój nowy blog

Zastanawiam się – czy to bardziej śmieszne, czy może raczej tragiczne, jak niektóre wspomnienia i stare nadzieje, marzenia, plany, które teoretycznie dawno odesłaliśmy na emeryturę, trzymają nas w przeszłości. Całkiem podświadomie zresztą.

Wczoraj odbyłam podróż, która miała być tylko jednodniowym wypadem do znajomych miejsc – a okazała się ciężkieo kalibru analizą psychologiczną, która bardziej wymagała kozetki i specjalisty niż mrozu i patrzenia przez obiektyw na miejsca, od których mi się ściskało serducho…

Byłam w Brukseli. Ot tak, po sąsiedzku i zeby w domu cały weekend nie siedzieć. I żeby cacuszko na spacer wyprowadzić, żeby się lustro nie rozleniwiło. Wylądowałam na sam początek, jak zwykle, na Schumanie, bo to moje ukochane okolice. Nie było mnie tam prawie trzy lata. Ostatni raz, pamiętny, w marcu bodajże 2009 roku. Ostatki pana R. Kurs dyspozytoski w toku. Początek rekrutacji do Lufy. I do tego słoneczna Bruksela – i młodsza o te trzy lata Lori latająca jak kot z pęcherzem po mieście, uradowana i czująca się absolutnie jak w domu, i mająca nadzieję, ze może się tam kiedyś osiedli.
Wczoraj… wczoraj 30letnia Lori wysiadła na dworcu, spojrzała na siedzibę Komisji Europejskiej, która kiedyś zrobiła na niej kolosalne wrażenie, rozejrzała się po nadal przebudowywanym Schumanie i… poczuła się dziwnie. Trochę jakby nawet obco. Poczuła się zawiedziona. I tylko nie wiedziała – czy zawiedziona jest Brukselą jako taką – czy swoim jej wyobrażeniem. Czy to co kiedyś tak kochałąm – było kiedykolwiek tak wspaniałe? Czy postrzegałam to jako takie poprzez pryzmat M. i R. i moich pierwszych wyjazdów do „zachodniego świata”, i tego zachłyśnięcia się poczuciem wolności, że podróżuję, że mogę, że mam możliwości. Czułam tam dawniej jakbym miała skrzydła i mogła dolecieć dosłownie wszędzie. A teraz – miejsce jak inne, tylko powiązane z miłymi wspomnieniami…

Potrzebowałam tej wyprawy. By naprawdę zamknąć to co było. Pożegnać dawną Lori. Z jednej strony dziwnie mi tak, pusto – gdy odprawiłam kilka marzeń z tym związanych. Ale to były marzenia innej osoby. Już się z nimi nie identyfikuję. Ta przestrzeń jednak nie pozostanie pusta długo – natura pustki nie znosi, więc wypełnię ją nowymi marzeniami. Moimi, obecnymi, adekwatnymi do tego kim teraz jestem.
Łatwiej mi tez teraz spojrzeć na siebie obecną. Nie spodziewałam się, ze tak z pozoru nieznaczące wydarzenie tak dużo  zmieni.

Widzę też teraz, jak ostatnio „projektowałam” na innych to, co tak naprawdę było we mnie. Nie byłam gotowa na kolejne kroki a oskarżałam o tą niegotowość innych.
Czuję się oszołomiona tymi odkryciami. I jest mi lżej, jakby wielki ciężar przestał mi uciskąc klatkę piersiową. Muszę się jeszcze trochę przyzwyczaić do tej nowej sytuacji, ale… ale jest dobrze. Wreszcie nie jestem rozerwana tak ja byłam – i to nie zdając sobie z tego sprawy. Wiadomo, że to nie rozwiąże wszystkich problemów, ale na pewno jest dobrym początkiem Nowego :)

A tak w ogóle założyłam nowego bloga. Jest tutaj: Moi-Lori.Będzie to mój główny blog. Ale bursztynowego nie kasuję, bynajmniej. Ten zostanie na bardziej prywatne i osobiste wynurzenia, któych nie chcę tam wrzucać. Zapraszam na oba… :)

I również każdemu takich dni życzę jak najwięcej. Niekoniecznie chodzi o to co robiłam – ale o poczucie tej absolutnie przepełniające, bezwarunkowej radości. Takiej że na widok dosłownie czegokolwiek na ustach wyrasta szeroki radosny uśmiech i że ma się ochotę uściskać każdą napotkaną osobę i obdzelić tą radością cały swiat!

Tak właśnie dzisiaj miałam. Sobotni poranek rozpoczął sie pyszną kawą wypitą w salonie w potoku słonecznych promieni. Niesamowicie niebieskie niebo przecinały gdzieniegdzie krótkie smugi samolotów. W słońcu błyszczały połacie śniegu i wyłaniająca się spod nich trawa. Nie było wiatru, zatem i temperatura odczuwalna znacznie wzrosła – w słońcu było wręcz przyjemnie! Pojechałam do stolicy rozpoznać nieco boczne uliczki na luksemburskim starym mieście. Znalazłam sklep herbaciany polecony mi przez koleżankę z pracy. Wydałam tam majątek na siedem gatunków herbat (teraz właśnie mi się parzy takowy napój z kwiatem hibiskusa, kawałkami jabłek i prażonymi migdałami…) i odbyłam przesymaptyczną rozmowę z ekspedientką. Na pewno tam wrócę! I to nie raz. jestem absolutnie oczarowana! Do tego za darmo całkiem dostałam książkę o herbacie :) Brak słów po prostu :)
potem udało mi się wytropić sklepik kawowy. Kupiłam na spróbowanie kawę kolumbijską – jest pyszna! Ucieszyłam się jak dziecko, że w Luksie udało mi się znaleźć taki sklepik, bo szukałam od dawna i nic… Malutki taki, wcisnięty na Grand Rue między butiki drogich marek – bardzo łatwo go przeoczyć. Tam też będę wracać.
Do tego jeszcze kupiłam sobie 4 pary kolczyków :D I trufli kilka dosłownie w Leonidasie (moja ulubiona sieć sklepów z belgijskimi czekoladkami!), coby do kawy sobie skubnąć raz czy drugi.

Tak sobie patrzyłam na Luksemburg – i tak mi się dobrze zrobiło, że tu mieszkam…
Jestem trochę rozdarta. J. ostatnio wspomniał, że może jednak zacznie szukać sobie tutaj pracy. I teraz nie bardzo wiem co robić, gdzie tej pracy szukać, Szwajcaria czy Luksemburg, jak to wszystko rozwiązać… Ale… Ale chyba nie powinnam się tym przejmować na zapas. I nie sama. Razem rozwiążemy tą sytuację możliwie najlepiej… Ale przyznaję, że jak zaproponował, zebyśmy tu (czytaj w Luskie) zamieszkali na dłużej – to mi się serducho ucieszyło. Naprawdę kocham ten kraj i tych ludzi… W Szwajcarii mam jeszcze wiele miejsc o=do odwiedzenia,zobaczenia… Nie jestem pewna, czy jestem gotowa zakończyć moją przygodę z tym krajem… Ot, taki natłok myśli mam. Ale nic to, dużo się dzieje, tak jak chciałam :)

az sie wierzyc nie chce. 31 dni poszlo sie… zamienic we wspomnienia ;)
Duzo sie dzieje, oj duzo. Wspominalam juz chyba. A perspektywy sa jeszcze lepsze.

Za oknem zima. Sniegu napadalo troche, mroz trzyma, slonce swieci. A noca gwiazdy. Dzis na przyklad gdy szlam do pracy pieknie do mnie mrugaly…
-11C nie jest moja ulubiona temperatura na poranne spacery, ale brak wiatru i mala wilgotnosc powietrza sprawily, ze bylo to wrecz mile doznanie. Snieg sprawia, ze jest jakby spokojniej. Bardzo mi sie to podoba…

Przy srodku tygodnia tradycyjnie padam na nos. Chyba za mocno sie spalam z pracy, powinnam nieco wyluzowac i nabrac dystansu. Tzn. wdrazam ten plan w zycie, uwazam, ze osiagam znaczace postepy nawet – ale nadal jest miejsce na poprawe.

Zabralam sie wreszcie za tworzenie Bardzo Waznej Aplikacji. A wlasciwie dwoch. Plan jest ambitny – wyslac dzisiaj jeszcze… A  co tam, raz sie zyje, zaszelc mozna – napisze, wysle – i kto mi co zrobi? ;) No, zatrudnic moze na przyklad…

W najblizszy weekend mial byc Paryz. Ale chyba jednak nie bedzie, bo za zimno. Pojade po sasiedzku, do Metz. A moze kawalek dalej do Strasbourga. Albo tradycyjnie do Trier. Mozliwosci mam duzo :)
A moze po prostu zakopie sie z ksiazka pod kolderka i tyle mnie bedzie widac. Tak tez mozna przeciez.

Odnosze wrazenie, ze pisze trzy po trzy. Co oznacza niechybnie, iz czas zakonczyc ta epopeje. No. To pa :)

Się znaczy – Lori znów ruszyła cztery litery z domu :) Jak dobrze było znów spędzić długi, trochę męczący – ale fantastyczny dzień poza domem!
W sobotę wybrałam się do Aachen. Spotkałam się z koleżanką, nacieszyłam słońcem, zjadłam przepyszne tagiatelle z bakłażanem i suszonymi pomidorami, kupiłam fenomenalną! kawę, naczytałam się bardzo bardzo – a przede wszystkim poczułam, ze wreszcie rozprostowałam skrzydła! Ponad dwa lata na to czekałam, ale jak widać – cierpliwość jest nagradzana…

Oczywiście bardzo udany wypad rozpalił we mnie namiętną ochotę na kolejne wypady i musiałam aż się przejść i ochłonąć, coby ich przez przypadek od razu w najbliższy weekend nie zrealizować :P Bo bym zbankrutowała ;)

A jak już się poszłam przejść, to stwierdziłam, że rozpoznam wzgórze, które mam blisko domu. Bardzo fajna ścieżka biegnie grzbietem. Taka fajna, ze aż mi się zachciało… biegać :P Jeszcze nie mogę w to uwierzyć – aczkolwiek lekkie zakwasy i zwiększony obwód w łydce (nie mogę dopiąć kozaków :P) są dość namacalnymi dowodami. Podobało mi się, chcę kontynuować!

Do pisania aplikacji zabieram się trochę jak do przerzucania sterty gówna. Robię przygotowania, kręcę się dokoła tego – ale jak mam się zabrać za konkretną robotę, to nagle wszystko inne jest milion razy ważniejsze. Wiem, niedobrze. Kiedyś się wezmę. Liczę na to, że jeszcze dzisiaj… :)

W pracy ogólnie dużo się dzieje – i to rzeczy naprawdę ciekawych! Praca stała się stymulująca i wręcz przyjemna! Pierwszy raz trafiłam na reorganizację, która wnosi dużo dużo dobrego i naprawdę widać, że poprawia efektywność i przyności wymierne korzyści. Na pwno wielka w tym zasługa Szefa E., którego z dnia na dzień coraz bardziej podziwiam. Jest wręcz moim idolem. Gdy się dochrapię kiedyś stanowiska kierowniczego, to chcę być taka jak on. I każdemu takiego szefa życzę. Nie wiem czy o tym już wspominałam… I nie jest to ważne. O takich ludziach należy mówić ile wlezie i stawiać za przykład. O!

No. To może usiądę wreszcie nad tym listem. Bo po nim jeszcze trzy do napisania.

Albo najpierw moze zrobię zupę… ;)

Jak na razie plynie sobie milo i przyjemnie.
Aczkolwiek strasznie szybko.
Juz czwarty tydzien sie zaczal, tyle zdazylo sie wydarzyc! W sumie dobrze to zapowiada ciag dalszy – lubie jak sie duzo dzieje :)

Impreza sylwestrowa w tym roku mocno ponizej oczekiwan. Przestroga na rok kolejny. Marzy mi sie zorganizowanie zabawy w starym, eskadrowym gronie – z „dodatkami” naturalnie :-) Czasu troche jeszcze zostalo ;) zatem jestem optymistka w tej kwestii :)

Zdazylam juz rowniez zaliczyc jeden weekendowy wypad do Zurychu. Wrocilam wczoraj wieczorem. Z jednej strony lubie te wyjazdy, bo spedzam czas z J., bo spotykam sie ze znajomymi, bo odwiedzam stare znajome katy. Ale sporym ich minusem jest pewien problem z przestawianiem sie na inne warunki. W piatkowy wieczor, gdy wysiadam w Szwajcarii, wszystko mnie tam denerwuje – bo nie jest takie jak w Luxie (do ktorego, nota bene, coraz mocniej sie przyzwyczajam… ale o tym za chwile). Jak juz sie przestawie na uwarunkowania szwajcarskie – to czas wracac i wtedy przez dzien czy dwa chodze wkur***a wszystkim w Luksemburgu – bo jest tu inaczej niz u Serow. Bledne kolo. Ale czasem bywa wrecz zabawnie :D

To teraz wspomniany temat Luksemburga. W tym roku, po powrocie z urlopu swiatecznego – jest jakos… inaczej. Swojsko, u siebie. Dobrze mi tu, Nawet prace polubilam :) No, bez przesady, nie szaleje z rozpaczy gdy zaczyna sie weekend i az tyle czasu do poniedzialku :P ale potrafie czerpac radosc z tego co robie. CO mnie bardzo cieszy, bo jak sie pracy nienawidzi, to nie jest to najlepsza opcja z punktu widzenia zdrowotnego – w kazdym dowolnym zakresie.

No i pochwale sie, ze sie pieknie diety trzymam! Utrat wagi juz widac, mieszcze sie w mniejsze ciuchy, czuje sie o niebo lepiej! Moje postanowienia noworoczne, odpukac, realizuja sie nieomal same, bez mojej pomocy :P

Proces znalezienia nowej pracy w Szwajcarii jeszcze w toku. W dwoch rekrutacjach pierwsze koty za ploty – ale teraz trzeba nieco poczekac. Ok, az tak mi sie nie spieszy – byle bym dostala naprawde fajna prace, a nie jakis ochlap.

Kregoslup juz prawie wrocil do normy. Nie pamietam czy wspominalam (a do wczesniejszych notek nie chce mi sie zagladac :P), ale kark mi sie cokolwiek nadwyrezyl. Wiec przez prawie 3 tygodnie ganialam w kolnierzu ortopedycznym. Jak mi bez niego… wygodnie! :D

To byl skrot telegraficzny. Mam nadzieje, ze teraz juz bedzie czesciej, na biezaco – i bardziej ciekawie… :)

2011/2012

Brak komentarzy

I dotarłam, z lekką zadyszką, do przedostatniego wieczoru w roku. Cieszę się, że dotarliście tu ze mną.
2011 był dziwny. Nie wiem jak i dlaczego, ale czuję jakbym dała się zmanipulować – i nawet nie wiem komu. Może mojemu wrednemu alter ego. Z jednej strony był to rok spełnionych marzeń i zacieśnianych więzi. Z drugiej rok zagubienia i strachu. Może faktycznie nie cały rok, ale efekt świeżości działa u mnie mocno.
Nie oceniam tego roku źle, o bynajmniej! Był trudny, ale wiele mnie nauczył. Szkoda, że nauka bywa bolesna, ale najwyraźniej do mnie inaczej nie dociera ;)

Na nowy rok życzę sobie, bym wyciągnęła wnioski i usprawniła swoje zycie. Żebym była szczęśliwa. Żebym siebie ustawiła na początku układu współrzędnych i do siebie i tylko siebie mierzyła wszystko. Żebym była dla siebie „wzorcem metra”. Żebym znów uwierzyła w Lori. Żebym odzyskała jaja. Rzekłam, howgh, mektub etc.

Podprowadziłam od koleżanki z facebooka jej status. Niech nam przewodzi w 2012 roku.

Pewnego dnia głos w Twoim sercu powie Ci : ” TERAZ!” i już nikt i nic nie zdoła Cię zatrzymać.

Bądźmy nie do zatrzymania.
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2012!

a czas leci

1 komentarz

Zbieram się od jakiegoś czasu żeby tu coś napisać, ale nie bardzo wiem co… Mam teraz kocioł w głowie. Istne tornado. Nie wiem czy to kwestia przekroczonej trzydziestki – której nota bene wcale nie czuję… Przynajmniej nie świadomie…
No właśnie sama nie wiem. Nie wiem co napisać, nie wiem co się dzieje, nie wiem co jak i dlaczego. Przeszkadza mi to bardzo, bo dotychczas nawet jak było coś nie tak, to przynajmniej znałam powód, a teraz się kręcę jak pierdziel w tańcu i usiłuję złapać swój ogon. Bez sensu.

Zapewne wierni czytelnicy nie będą zaskoczeni gdy napiszę, że kolejne zmiany są tuż-tuż.
Bo taka już ze mnie nieznośna istota, że jak mi coś nie pasi, to staram sie to zmienić.
Dość mam juz trochę tych zmian. Bokiem mi wychodzą.
Myślę, że trochę się przeliczyłam ostatnio. Cały czas się traktuję jakbym miała nadal 25 lat i mnóstwo sił i zapału i chcęci. A tymczasem okazuje się, że zmieniłam się bardziej niż myślałam. Że ponad atrakcje przedkładam bezpieczeństwo i stabilizację.
Ciężko mi się z tym pogodzić, że tamta Lori to już historia. Chyba nie chcę jeszcze dorosnąć… a tymczasem stało się to bez mojej zgody. Coś się naprawdę skończyło. I sobie z tym nie radzę…
Do życia powinna być wydana instrukcja, a nawt oprogramowanie na kolejne lata. Człek by łatwiej znosił to, ze się zmienia i – nie bójmy się użyć tego wielkiego słowa – starzeje.
Z perpsektywy moich obecnych doświadczeń wychodzi mi, że te zmiany które zauważyłam u siebie w ciagu ostatnich dwóch lat bynajmniej nie były tylko i wyłacznie winą Szwajcarii – ale były moje wewnętrzne. Może gdyby mi to ktoś wcześniej powiedział, kilka rzeczy zrobiłabym inaczej. Ale to mleko się juz rozlało, i mogę jedynie się zastanowić nad tym, co dalej z tym fantem zrobić.
Że nie ma już Lori, a zamiast tego jest pani Agata.
Nie, nadal nie mogę w to do końca uwierzyć… Nie chcę. I chyba w tym tkwi problem…

No dobra, sesji terapeutycznej koniec. Czas się zabrać za pisanie listu motywacyjnego. Tak, dokładnie tak. Mówiłam, że będą znów zmiany?

… są odważni i dociekliwi. Szanują prawdę i odważne poglądy. Są dobrymi dziennikarzami, wspaniałymi publicystami i mądrymi komentatorami. Znają się na ludziach i trudno ich oszukać. W odnoszeniu życiowych sukcesów pomaga im bardzo dobrze rozwinięta intuicja. Szybko się uczą i nie obawiają nowości i eksperymentów. W miłości są czuli i wierni, imponują im osoby inteligentne i wykształcone. Szczęśliwa cyfra: trzy. Kamień szlachetny: topaz. Sprzyjający Znak Zodiaku: Bliźnięta.

Tradycyjnie jak co roku :)

Prosze panstwa – to juz oficjalne. I AM THIRTY – AND FABULOUS!!!! :)

Jak widać po tytule – dziś jest dobrze! Dzień zaczął się może niespecjalnie – miałam koszmary w nocy. Ale za to obudził mnie piękny błękit nieba i równie piękne promienie słońca. I cieplutko było – 20 stopni!
Więc zatem postanowiłam się wybrać do Vianden na rozpoznanie zamku i kafejki. I poznałam parę Polaków – po prostu zagadałam do nich jak wysiadaliśmy z autobusu. Przemili ludzie!
I byłam w kafejce – i doprawdy beczcenne jest porozmawiać z barmanką po polsku! Sernika niestety nie było, za to wysączyłam Żywca :D I sobie poczytałam :)
I podczas powrotu ucieszyła mi się okrutnie japa na widok samolotów i smug kondensacyjnych. I prawie się na tą okoliczność rozpłakałam… Jak dobrze czuć, że wracam do siebie! Do tego co było przed Szwajcarią! Wiem, że się powtarzam i że te okresy są przedzielone dołami spowodowanymi głównie poczuciem tego, że to co teraz robię zupełnie ale to zupełnie mi nie odpowiada… Ale na poradzenie sobie z tym problemem też są sposoby – które mam zamiar zresztą wdrożyć w życie.

I doszłam też do wniosków pewnych, na temat dlaczego jestem krótkodystansowcem, dlaczego tak często zmieniam pracę/środowisko etc. Ale tym się chyba nie będę tak publicznie dzielić.

Tak. To był Bardzo Dobry Dzień :)

A teraz czas zadzwonić do J. – rano wrócił do CH i czeka na rozmowę :)))

Program nazywa się dół, a ja go miewam ostatnio z częstotliwością wartą lepszej sprawy. Mam nadzieję, że to tylko kwestia nałożenia się na siebie wpływu hormonów, stresu w pracy i jesieni. Bo jesień wpływa przecież. Na humor. I obniżenie nastroju. Tak mówią przynajmniej.
Ogólnie jakaś taka wyrwana z kontekstu jestem. Czekam na przyszły tydzień na dwie rzeczy – po pierwsze J. przyjeżdża,a  po drugie powinnam mieć wyniki… Taaaak… Czekanie nie być fajne, ani ani…
I tak się kręcę jak pierdziel w tańcu, od czapy chce mi się płakać -  i w ogóle mam poczucie, że jestem strasznie nie w tym miejscu co powinnam. Niby wszystko jest ok – a jednak coś mi mówi, że gdzieś coś poszło nie tak. I tak do końca nie wiem co. Kuźwa. Frustrujące.

Wczoraj wzięłam się nieco w garść. Do porządnego sprania się po ryju i dania kopa na rozpęd trochę zabrakło, ale niewiele. Porobiłam trochę planów (a to niespodzianka), poczytałam, pouczyłam się. I mam zamiar kontynuować. I zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie.

I niech mnie ktoś przytuli…


  • RSS